Routes

Planner

Features

Updates

App

Login or Signup

Get the App

Login or Signup

"poke :)" 🚲🧭🏔️🏕️ experienced this adventure with komoot!

Have your own adventure with the #1 outdoor app today.

Sign up or log in

"poke :)" 🚲🧭🏔️🏕️
Completed activities

Bardzo Hardy Gravel - Swaróg 2026

went for a bike ride

June 12, 2026

Bardzo Hardy Gravel - Swaróg 2026

33:09

610km

18.4km/h

42.5km/h

4,110m

4,090m

Garmin Edge 1040

Zaczęło się niewinnie. Ot wyjazd rowerowy z synem w czwartek wieczorem. A następnego dnia lądujesz w nocy, po środku lasu w deszczu i zastanawiasz się co tu do ch...ja robisz.
Czwartek po południu wybraliśmy się z Alkiem na nasze wspólne rowerowanie. Nic nie zapowiadało aby coś złego miało się wydarzyć. Luźna traska asfaltem – jakieś 30km. Na około 20km Alek zauważył z prawej strony auto które stało na podporządkowanej. Dał po heblach bez ostrzeżenia bo się przestraszył, że wyjedzie. Mimo, że byłem za nim około 2 metrów to nie zdążyłem wyhamować. Tutaj odwieczny dylemat – czy dziecko ma jechać przed dorosłym, żeby można było je obserwować czy za dorosłym aby naśladowało jego ruchy u podążało za śladem. Staram się w różnych miejscach łączyć te dwa sposoby. Tym razem młody był przed. Efekt zajścia – u Alka kupa strachu, dwie szprychy tylnego koła zerwane za czym idzie rozcentrowana obręcz. Na szczęście nie spadł z roweru gdy w niego wjechałem. U mnie krzywa tarcza z przodu, jedna szprycha zgięta ( co zauważyłem w domu, a jakiś czas później zauważyłem też że mam rozcentrowane przednie koło) i rozwalony paluch prawej nogi (podczas hamowania zrobiłem podpórkę i uderzyłem mocno palcami w asfalt). W szosie alka zawinąłem zerwane szprychy tak żeby nie przeszkadzały i dokulaliśmy się do domu. Byłem zdenerwowany, Wieczorem, dzień przed rajdem tworzy się dość spory problem.
Po powrocie do domu od razu wejście na OLX w poszukiwaniu tarczy (Sram center Line 180mm) w okolicach Warszawy. Jest – dzwonię – Pan mówi, że ma ale będzie w domu dopiero w sobotę. Znajduję drugą ale podobnie – Pan ma ale w Skierniewicach a w domu będzie w weekend. No cóż – jak wracaliśmy z Alkiem do domu to hamulce działały – trzeba będzie jakoś to przeżyć 🤪
Aż tu nagle (sytuacje z komiksu – chmurka i żarówka oświecona) – Ewelinka w swoim rowerze ma tarcze 180 – może nie zauważy 😁 Wykręciłem jej przednią tarcze i zamontowałem u siebie. Pozatym i tak zamówiłem te z OLX.
Ten rajd ma wyjątkową godzinę startu związaną z Nocą Kupały czyli najkrótszą nocą w roku. Zawody rozpoczynają się o godzinie 20 w piątek. Co ma swoje wady i zalety. Zaletą jest to że mogłem iśc do pracy w piątek i jeszcze ogarnąć kilka spraw. W każdym razie widziałem że czeka mnie najpewniej jedną noc i pół drugiej nocy jazdy. Celowałem w 30h w ruchu. Garmin pokazał 24h na starcie a rzeczywistość była jeszcze ciekawsza 😁
Kilka dni przed startem otrzymałem Racebook. Mega profesjonalnie zrobiony. Widać, że organizatorzy przywiązują dużą wagę do szczegółów. Wszystko dopracowane – na żadnym rajdzie nie widziałem czegoś takiego. Ogólnie chcą połączyć kilka swoich imprez w takie jedno uniwersum (tak, jestem na etapie oglądania Marvela) 😁 . To dopiero drugi sezon jak działają, ale wszystko jest na dobrej drodze aby to był jeden z ciekawszych rajdów w Polsce.
Piątek – pobudka 5 rano aby sprawdzić pogodę i decydować czy da się pracować tego dnia. Później śniadanie i do pracy. Plan był aby w czwartek przygotować wszystko na zawody, ale ze względu na sytuację zrobiłem to dopiero w piątek gdy wróciłem do domu około 11:30.
Tym razem miałem wszystko co potrzeba i nie musiałem ratować się cukrem z Dino. Wszystko sprawdzone jeszcze przed wyjazdem 😁
Plan był prosty. Dojechać na miejsce, ogarnąć jedzenie przed zawodami i iść spać na kilka godzin. Wyjechałem z domu około 13 a na miejscu byłem około 17. Odebrałem pakiet startowy. Chwilę porozmawiałem z organizatorami. Poszedłem do knajpki i dzięki uprzejmości obsługi otrzymałem wrzątek do liofa. Zjadłem. Rozłożyłem koc plażowy wszedłem do śpiwora spać na takiej łączce przy parkingu.
Start i meta są zlokalizowane przy Hotelu Chotowa Resort. Bardzo fajne miejsce nad jeziorem. Jest plaża i sporo lasów dokoła.
Zasnąłem na jakieś 1,5h. Pobudka. Przygotować sprzęt i na start. Początek trasy z asekuracją. Wolne tempo za samochodem z kamerą. Jakieś 3km. Rozdzielamy się na ścieżce w lesie.
Początek trasy jeszcze za widoku. Jedziemy trochę lasu trochę asfaltu. Staram się trzymać tempo około 200W. Konie już dawno zniknęły z pola widzenia. Sytuacja się klaruje i jedziemy podobną grupą co jakiś czas zamieniając się miejscami. W pewnym momencie jadę z dwoma chłopakami, którzy są na moich plecach. I słyszę ich rozmowę. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
• ty podobno ktoś spał przed startem na kocu na łące
• tak, to podobno jakiś znany ultra maratończyk, ktoś mi mówił że się aklimatyzuje 😁
• na co ja im mówię - to ja k…wa spałem 😁 i nie czuje się za bardzo znany 😁
Wspomnienie tej sytuacji bawiło mnie przez całą trasę i nadal mnie bawi 🤪
W pewnym momencie toż przed zmierzchem jedziemy już w miarę klarowną grupą. Mirek, Małgosia, Dwa Grzegorze i co jakiś czas się mijamy. Z Mirkiem jakoś złapaliśmy podobne tempo i wyszło że jechaliśmy razem. Zaczęła się rozmowa która z małymi przerwami trwała do pit stopu numer 2 w Sandomierzu. Razem przetrwaliśmy pierwszą noc po drodze pokonując przygody na trasie.
A trasa była wybitna. W czwartek i piątek do południa padał deszcz przelotny i stały. To co było fajnym zjazdem polną gruntową drogą, po deszczach zamieniło się w jazdę po śliskim rozmiękłym błocie. Prędkości znacznie zmalały. Czułem się jak bym jechał po lodzie. Było kilka gleb. Sam też parę razy się ratowałem mimo mocno asekuracyjnej jazdy. A takich odcinków było dużo. @zuza – widziałem wąwozy o każdej porze dnia i pogody 😁
Noc była piękna do momentu aż nie zaczęło padać. Około 5 rano zaczęło padać. Deszcz był mocny i ciągły. Wyciągnąłem kurtkę i jechałem dalej. Rower cały z błota. Masa startowa znacznie się zwiększyła. Nie było sensu go czyścić – częściowo robił to sam na asfaltach którymi płynęły strumienie wody. Raz czy dwa przepchnąłem palcem przednią przerzutkę. Ale później uznałem, że to bez sensu. Śliskie zjazdy polnymi drogami zamieniły się w śliskie zjazdy polnymi potokami. W butach chlupało. Na szczęście noc i poranek były w miarę ciepłe. Około 12 stopni. Poza tym cały czas w ruchu aby nie zmarznąć. Choć kurtka i tak przemokła. Ale rękawki i nogawki z Endury grzeją nawet jak są mokre więc jakiś komfort jest. Z Mirkiem rozdzieliliśmy się na jakiś czas przed pierwszym pit stopem. Słyszałem metaliczne dźwięki z tylnego hamulca. No nic – trzeba wymienić. Rower do góry kołami i zmiana klocków w deszczu 🙈 . Z kolegą spotkaliśmy się na pierwszym pit stopie w polskim Carcasscone czyli na zamku w Szydłowie. Tam czekała na nas pyszna zupa pomidorowa oraz trochę ciast i innych słodyczy. Zjadłem, uzupełniłem zapasy na trasę, zdjąłem część mokrego ubrania i powiedziałem że na chwile się kimnę. I tutaj moje pozytywne zaskoczenie. Była druga sala z materacami gdzie można było się położyć. 20 min drzemki regeneracyjnej zdziałało cuda. Poczułem się jak nowonarodzony 🔥 Po drzemce spakowałem rower i razem z Mirkiem ruszyliśmy w dalszą drogę – przed nami jeszcze około 350km. Pocieszenie takie, że to tylko dystans Watahy Wiosna 😁
Przed wyjazdem doszedłem do wniosku, ze mimo iż buty jeszcze trochę mokre to zmienię skarpetki na suche. To był drugi strzał w dziesiątkę. Mimo, że po jakimś czasie zrobiły się wilgotne, ale przez chwilę było bardzo przyjemnie😁 Kurtka trochę przeschła. Ubraliśmy się tylko po to aby za 10 min się całkiem rozebrać do wersji krótkiej😁
W momencie wyjścia z pit stopu było pochmurno i wiało. Ale 10 min później wypogodziło się, wyszło słońce i ukazały nam się cudowne pejzaże Podkarpacia. Słońce, bezkresne pola, trochę chmurek na niebie. Od razu nam się mordy zaczęły smiać 😎
Teraz do Sandomierza na drugi pit stop. Nie wiem czy przypadkiem czy to było zamierzone ale odległości pomiędzy punktami się zmniejszały. Co mnie akurat bardzo pasowało. Od startu do pierwszego pit stopu było 262 km, później do Sandomierza tylko 170 i tyle samo z tamtąd do mety.
Teraz wjechaliśmy w Góry Świętokrzyskie i to był etap najbardziej szutrowy. Z Watah znam te okolice. Jest cudownie. Już też przypuszczam skąd wzięła się nazwa Hardy Gravel. Hardy to te wszystkie drogi ujebkowe przez pola i lasy, piachów było mało ale jak już były to tym razem zmoczone deszczem a gravel to ta esencja jazdy po szutrach której było sporo i jak już były to 90% to czyste szutrowe złoto cytując klasyka 😍
Po szutrach świętokrzyskich przyszła pora na wąwozy w okolicach Sandomierza. Super szybkie zjazdy i dłuższe podjazdy – były by ale wszystko po deszczach zrobiło się mokre i trzeba było użyć całej dostępnej koncentracji i umiejętności aby nie zrobić sobie krzywdy. Jednak piękne są te miejsca. Jedzie się w takiej rynnie pomiędzy drzewami. Bajka 😁 Z Mirkiem minęliśmy wąwozy i wtedy się zaczęło.
Ale po drodze w Rakowie jeszcze wizyta w Świętej Żabce. W sumie kilka razy korzystaliśmy z zielonego sklepu. Za to Busko Zdrój to miasto bez żabek (na rynku nie ma żadnej i w okolicy też nie) jedna była dopiero na wylocie obok Orlenu – wtedy dylemat jak są obok siebie 🙈
Jakieś 2h przed Sandomirzem.
Burza – ale jaka – ściana deszczu, pioruny, grzmoty, błyskawice, wiatr, kilka minut wcześniej było jasno a nagle zrobiło się czarno. Przed tą burzą uciekaliśmy już od jakiegoś czasu i w końcu nas dopadła. 2 h jazdy w ścianie deszczu. Wszystko to totalnie mokre. A więc już wszystko w dupie. Jakoś tak wyszło, że jedziemy dalej. Nie była to mądra decyzja. Pioruny waliły kilkaset metrów od nas. Ale i tak nie było się gdzie schronić w tym czasie a jak już było to doszliśmy do wniosku że trudniej trafić w poruszający się niż stojący w jednym miejscu metal. Następnie jakieś miasteczko (Koprzywnica chyba), wały i Sandomierz. W miasteczku bez sensu było stawać, gdyż i tak byliśmy mokrzy a brak ruchu powoduje wychłodzenia. Z wałów już było widać komin w Sandomierzu i ile daliśmy radę to cisnęliśmy na pedały. Przed 22 jesteśmy w Sandomierzu.
Po drodze podczas burzy zastanawiamy się co dzieje się s trójką zawodników za nami. My przejechaliśmy wąwozy gdy było jeszcze sucho, ale oni jechali je w deszczu gdy najpewniej płynęły tam rzeki wody i burza złapała ich w lasach.
Trochę pomyliliśmy trasę i zamiast najpierw do pit stopu to pojechaliśmy na rynek a dopiero później na PS. Na rynku musiliśmy się na chwilę zatrzymać bo nawigacja nam zwariowała. Podczas postoju organizator zadzwonił że ominęliśmy pot stop. Podał nam namiary i już na mapie Google tam trafiliśmy.
Pitstopem był namiot przy Wiśle. Super był by jak było by ciepło i nie mokro. Jednak po burzy gdy byliśmy cali przemoczeni dawał co prawda ochronę przed deszczem, ale nie było w nim ciepło.
Za to obsługa pit stopu dokładała wszelkich starań aby było nam jak najlepiej. Tak jak zupa pomidorowa na pierwszym PS tak pierogi na drugim PS to był SZTOS!!!!!  do tego gorąca herbata mocno ocukrzona. Plan był taki aby zjeść, uzupełnić zapasy, zrobić drzemkę i jechać dalej. Plan wykonałem.
Podczas drogi sprawdziliśmy jaki mamy stan przejazdu i wiedzieliśmy, że przed nami jakieś 17 km są trzy osoby. Czarek, Łukasz i Joanna.
Zawinąłem się folią NRC i położyłem spać na jakiejś planszy. 35 min było odpowiednie. Po obudzeniu chwila otumienia ale później to tak jak by nowe paliwo było.
Czarek i Łukasz pojechali gdy ja się obrabiałem. Na mecie byli 1,5h przede mną, co znaczy że jechaliśmy w miarę podobnym tempem.
Budzę Mirka, ale mówi, że nawet nie zmrużył oka i na razie zostaje w Sandomierzu. Pomyśli co dalej.
Chciałem jeszcze przed wyjściem skorzystać z toalety. Obsługa powiedziała, że są w budynku obok. Bosmanat był ciepły, otwarty i przytulny. W środku były leżaki, kaloryfer. Bosman taki typowy z siwą brodą nie miał nic przeciwko aby się tam przekimać i ogrzać.
Zszedłem do namiotu i powiedziałem Mirkowi i obsłudze że tam jest miejsce gdzie można się ogrzać i w cieple przekimać. Mirek od raz się zebrał i poszedł. Pożegnaliśmy się i pojechałem w samotną noc.
Gdy byliśmy na PS przestało padać.
Przed wyjściem zdjąłem wszystkie mokre ubrania poza bibsami i zmieniłem na to co miałem suche w sakwie czyli bieliznę merino, skarpetki i polarek. Do tego wziąłem od obsługi worek na śmieci który robił mi za warstwę wierzchnią przeciw wietrzną. W myślach się śmiałem jak będę na mecie wyglądał (bo oczywiście nie widziałem innej opcji jak ta, że dojadę do końca) ❤️‍🔥 na mecie w worku na śmieci.
Aby cały czas mieć jakieś zajęcie dla głowy włożyłem słuchawki których baterię oszczędzałem na taki właśnie czas.
Ruszyłem. Oczywiście torcie pomyliłem trochę drogi i zamiast taką dla rowerów to wpakowałem się prosto na most. Dość szybko się rozgrzałem (odpowiednio pokrojony worek na śmieci nawet ma jakąś wentylację 😁 ). Wjechałem na polne drogi. Otuchy dodawał mi fakt, że cały czas widziałem ślad Czarka i Łukasza. Nie czułem się taki opuszczony 🥹 . Ich ślady prowadziły mnie aż do końca trasy.
Wiedziałem też już że bardzo dużo osób zrezygnowało.
Przejaśniało. Niebo było czarne i pełno białych punkcików. Widziałem nawet jedną spadającą gwiazdę 🤩
To był bardziej etap leśny, bagienny i polny. Wiało z zachodu. Oczywiście nie sprawdziłem nawet w jakim kierunki jest trasa. W ogóle nic nie sprawdziłem (jak zwykle zresztą) 🤪 Modliłem się aby jechać cały czas na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) a nie na zachód. Początek rzeczywiście na wschód. Super się jechało z wiatrem. Łudziłem się, że tak będzie do mety 😁 . Następnie trasa zmieniła kierunek na południowy zachód. Minąłem puszczę sandomierską, Kolbuszową wraz z jej słupami energetycznymi które kiedyś malowałem i powoli zmierzałem w kierunku mety. Co jakiś czas patrzyłem na godzinę i czekałem na brzask, później na świt a na koniec na dzień. W nocy co jakiś czas podczas 1 była mikrodrzemka. Ale starałem się jak najmniej zatrzymywać. Gdy zrobiło się cieplej, zdjąłem worek.
Przetrwałem drugą noc. Około 4 było już jasno.
Dzień był piękny. Znowu słońce, choć wiatr trochę wychładzał. Trasa szutry i lasy. Bardzo mało odcinków ujebkowych – do momentu. Zrobiło się prawie idealnie. W pewnym momencie nawet za ciepło. Zdjąłem górę z merino i włożyłem spowrotem potówkę i koszulkę. Były całe mokre i zimne, ale doszedłem do wniosku, że szybko przeschną na ciele.
Koncówka trasy była próbą złamania psychicznego albo sprawdzenia kto da radę jeszcze wymienić dętkę. Najpierw odcinek z jakimś gruzem rozsypanym na drodze. Około 2km takiego czegoś a później kilka kilometrów ujebków przez pola 🤪 Ogólnie cała trasa była bardzo mocno pagórkowata. Bardzo mało płaskich odcinków. Albo trochę w górę, albo trochę w dół i tak cały czas. Jedn z uczestników podczas drogi powiedział mi, że 47 podjazdów. Nie liczyłem, ale wydaje mi się, że nawet więcej. Od początku do końca drogi zjazdy i podjazdy 🦿
Prawie pod koniec trasy zobaczyłem, że mam mokre koło z tyłu i zostawiam za sobą wilgotne ślady. Obawiałem się że opona poszła i mleko ucieka. Jednak okazało się, że pękła butelka z wodą i się powoli wylewa w sakwie. Opony zajebiście się spisały. Zmniejszyłem trochę ciśnienie i to też była bardzo dobra decyzja. Miałem 2,1 w każdej oponie. Zupełnie inaczej się jechało.
Po ostatnim ultra musiałem coś pokombinować z bolącymi Achillesami. W lewej nodze dałem dwie płytki które podwyżają blok. W czasie drogi jeszcze pokombinowałem, wyjąłem jedną z płytek i przestawiłem bloki do tyłu. Później trochę obniżyłem siodło. Tym razem prawy staw sprawiał kłopoty. Musze nad tym jeszcze popracować. Teraz znów czas na leczenie 😇
Ostatnie 10km to był głownie asfalt z wiatrem. Pięknie się sunęło po gładkim prawie 35km/h.
Wjazd na metę. Dekoracja. Jedzenie 😋 podczas jedzenia spotykam Łukasza i Czarka. Trochę rozmawiamy. Dowiaduję, się że Joanna zrezygnowała ze względu na otarcia. Już na pit stopie była cała mokra i pozawijana ręcznikami.
Trochę rozmowy z organizatorami. Bardzo fajna ekipa. To dopiero ich drugi rok działalności, ale widać że chcą zbudować coś fajnego i mocno im kibicuję.
Przypadkiem dowiaduję się, że jestem na 6 pozycji 😇 oraz że Mirek, dwa Grzegorze, Marcin i Gosia nadal jadą. Są jakieś 70 km do mety. Szybko obliczam ile im to zajmie czasu.
Dalszy gryplan jest taki. Koc, śpiwór i ze 3 godziny snu, prysznic i wyjdzie na styk aby ich przywiać na mecie.
Kimam tak jak ostatnio na łączce przy autach. Później idę na prysznic i przebieram się w codzienne ubranie. Kurcze jaki ten ciepły prysznic był cudowny  Miałem przez chwilę myśl aby po drzemce i mecie wpakować się od razu w auto i wracać do domu ale dobrze, że się na to nie zdecydowałem 😁
Wjechali na metę akurat jak dokonywałem rytualnej ablucji 😀
Cała piątka szczęśliwa. Wtedy organizator powiedział aby zrobili sobie fotkę na ściance – byłem tam kilka razy ale dopiero teraz ją zobaczyłem . No cóż, rower już umyty w bagażniku, ja przebrany – fotki nie będzie.
Wracając do początku – Garmin pokazywał 24h jazdy, plan był na 30h. Mnie zajęło 39,5 h 🙈
Chwilę jeszcze rozmawiamy, wypijam cole, żre ciastki i zbieram się w drogę do domu. Przede mną prawie 300km jazdy autem na przemian w słońce i burze które już widzę z oddali.
Dziękuję Wataha Mazovia za pchanie kropki i wiadomości na grupie. Czyłem obecnośc i było mi raźniej. Czytałem trochę wybiórczo, bo deszcz pyzatym staram się nie korzystać z telefonu jak jadę aby bateria jak najdłużej trzymała.
Dziękuję @karol balicki za wyjazd do Krakowa podczas którego mogłem przetestować swoje możliwości po kontuzji i sprawdzić czy dam radę na pagórkach 😁

57 people liked this tour.

57

Share

Embed

Comments

Navigate

Send to Phone

Save

Waypoints

Route Details

Elevation

Nothing selected – click and drag below to see the stats for a specific part of the route.

Highest point (400 m)

Lowest point (120 m)

Sign up to see more specific route details

Sign up for free

Comments

guide_signup

Want to know more?

Sign up for a free komoot account to join the conversation.

Sign up for free

Loading
Explore
RoutesRoute plannerFeaturesHikesMTB TrailsRoad cycling routesBikepackingSitemap
Download the app
Follow Us on Socials

© komoot GmbH

Privacy Policy