
Have your own adventure with the #1 outdoor app today.
"poke :)" 🚲🧭🏔️🏕️ went for a bike ride
May 8, 2026
27:39
497km
18.0km/h
43.3km/h
3,730m
3,760m
Garmin Edge 1040
Ułan
"To nie tylko test kondycji fizycznej, ale przede wszystkim sprawdzian wytrwałości, charakteru i determinacji" - to motto organizatorów w 100% oddaje charakter rajdu. Nie ma pitcstopow (był jeden zorganizowany oddolnie przez mieszkańców jednej miejscowości którzy przygotowali kawę i wodę, ale z tego co z Nimi rozmawiałem to nie było to na zlecenie organizatorów)
Od razu napiszę że był to najtrudniejszy rajd jaki do tej pory jechałem, ale jednocześnie poziom organizacji i poczucie przynależności do społeczności i to jak organizatorzy dbają o uczestników, to jaka jest swoboda ludzi i zachowanie i ogólnie przyjęcie na mecie - poziom TOP, drugim takim rajdem jest Wataha, podobnie jest na Gravmageddon ale tam jakiejś iskierki mi brakowało.
Czwartek do pracy, ale już z myślą żeby się szybko uwijać z robota, spakować auto i ruszyć do Grudziądza. Miasta które wiąże się z kilkoma cudownymi wspomnieniami z młodszych lat 🥹
Oczywiście plany planami a wyjechałem i tak dopiero koło 17 bo zawsze coś wyskoczy do załatwienia na ostatnią chwilę.
Szybkie pakowanie auta - na szczęście cały ekwipunek mam stałe spakowany w 3 torby i tylko uzupełniam zapasy :) choć i tak kilka razy zastanawiałem się czy wsztko wziąłem (raz zapomniałem butów SPD 🙈)
Jeszcze tylko pierwszy pakiet jedzenia przygotować na rajd i w drogę.
Śpieszyko mi się bo pakiety miały być rozdawane do 20. Ja byłem 19:45. Chwilę porozmawiałem z organizatorami takevo swoich planach i spytałem dlaczego nie ma 600 km. Miałem plan aby po głównym wyścigu dokręcić te brakujące 105km. Jakże się to okazało płonne.... Ale o tym później :) Dowiedziałem się też, że dystans został skrócony gdyż ludzie przestali przyjeżdżać. Ze względu na samą atmosferę i to w jaki sposób traktowani są uczestnicy warto nawet na krótszy dystans. Ale nie dziwię się 500 to był hardcore a 600 nie ma do czego porównać. Ale o tym dalej
W Grudziądzu nocleg w Hostelu staromiejskim - przy takim małym ryneczku. Wbrew opiniom z neta było bardzo czysto, obsługa bardzo miła(miałem trochę problem z wejściem i Pani podczas tłumaczenia mi gdzie co i jak jeszcze powiedziała gdzie zjeść coś dobrego), dużo pracowników różnych firm ale nie było hałasu, cudna klatka schodowa z pościelą rozwieszona między barierkami (taki włoski klimat) 😁
Po rozpakowaniu - krótki spacer po starówce; dwa wołowinery w Żabce bo zależało mi na czasie aby szybko zjeść i spowrotem do hotelu. I tak poszedłem spać koło 22.
Piątek
5:38 pobudka. Zagrzać wodę, zalać liofa, zrobić kolagen, zjeść, szybko się spakować i wyjść aby zdążyć na start na 7:00
Około 6:45 byłem już gotowy do startu. Baza zawodów to Marina Grudziądz. Byłem w drugiej grupie startujących. Pierwsze 9 osób ruszyło o 6:00.
Na miejscu sporo ludzi. Kilka szybkich rozmów. I start
Ścigańci szybko zniknęli z pola widzenia 😁 jadę sobie spokojnie, staram się trzymać te 200w na budziku. Wiem że jestem dobrze przygotowany(przynajmniej tak myślałem do jednego momentu)🙈
Pogoda - piątek wiatr w mordę (na powrocie miał być w plecy - w nocy się zmienił i nadal wielo nie tak jak trzeba), zimno - koło 3 stopni rano, pochmurno choć nie smutno. Co jakiś czas trochę słońca przebiło.
Jedziemy w kilka osób, ale każdy pilnuje swojego tempa, więc co chwilę się mieszamy. Po jakimś czasie zostaje sam i mijamy się z kilkoma tymi samymi osobami. Co jakiś czas jakaś pogaducha 😁
Większość całej trasy jadę sam. Peleton się mocno rozciąga.
Trasa - asfalt to niezbędne minimum, szutry - jak już są, to tylko jakość premium, a było ich około 20-25% tak obliczam na szybko (mam nadzieję że organizatorzy mi wybaczą jeśli zaniżyłem ich ilość), głównie dukty leśne; - piachy były (chłopaki mówili że przygotowujac trasę wycinali miejsca z piachem aby było go jak najmniej) - te piachy które zostały były w miejscach które sprawiały że kląłem w żywy kamień - na farmie widzę że będzie zjazd, już się cieszę - a tu zjazd po piachach; podjazd i piachy - czasem do przejechania a czasem do pchania roweru - ale o piachach niszczycielach psychy będzie dalej 😁
Jeśli ktoś jechał Krwawą Pętlę to Ułan to jest Krwawa tylko że dystans 2 razy dłuższy i przewyższeń prawie 4 razy tyle.
Jadę sobie - szutry, asfalt piachy, i tak sobie mija kilometr za kilometrem. Wszytko idzie w miarę sprawnie, choć zakładałem że w 12h przejadę około około 240km.
12h minęło a ja byłem chyba dopiero koło 200. Trasa nie jest szybka, dukty leśne absorbują energię i wolniej po nich jadę, dodatkowo co jakiś czas jakiś korzeń albo nierówność które wynikają z rytmu.
W Chełmnie żabka, uzupełnienie wody i wołowiner. Uwielbiam miasta w tamtym rejonie.
Po drodze mijamy niezliczone pola, głównie rzepak który już kwitnie i po horyzont widać żółty kolor przeplatający się z zielenią pól.
Cudowne widoki. Lasy, jeziora, bagna, co chwila cis innego na co warto zwrócić uwagę. Nie robiłem za dużo fotek bo by mi brakło miejsca w komórce.
Od około 150km zaczynam odczuwać ból w lewym achillesie. Z każdym kilometrem ból się wzmaga. Jednak dałem radę w miarę sprawnie jechać. Około 200km ból jest już taki, że jazda zaczyna robić się walką o każdy obrót korby. Prędkość drastycznie się zmniejsza. Staram się ograniczać odczuwanie, zmieniam technikę pedałowania - prawa pcha, lewa ciągnie, lewa delikatnie pcha, prawa ciągnie i tak w kółko, obrót za obrotem.
Kilka postojów na zmianę pozycji siodła w nadzieji na ulgę. Niestety jak zmieniam wysokość to zaczyna odczuwać drugiego Achillesa. Wiec wracam do pozycji poprzedniej. Najpewniej przyczyną jest jedną noga delikatnie krótsza. Będę musiał kupić i zamontować podkładki pod blok w lewym bucie. Druga przyczyną może być zapiętek w bucie. Najpierw blok później będę ciął buta jeśli będzie trzeba.
Na zjazdach trzymam piętę niżej, bo tak nie boli do maksimum wykorzystuje czas zjazdy zanim zacznę na nowo pedałować. Dlatego tak mnie wku...witają zjazdy z piachem - bo bez pedałowania się nie da 🙈
Prawy Achilles ok. Ogólnie nic poza lewym mnie nie boli. Siodło Infinity - SZTOS.
Jakoś w tym momencie przestaje też wyjmować piasek i kamienie z butów, wcześniej co jakiś czas się zatrzymywałem aby to ogarnąć. Jest mi to obojętne 😁
Ale ale największa i najbardziej nieprzewidziana niespodzianka czeka gdy nadszedł czas gdy skończył mi się pierwszy pakiet jedzenia. Godzina około 21:30. Znalazłem w małej wiosce fajna wiatę przy placu zabaw. Wyjmuje bidony, wyjmuję z sakwy rzeczy do przygotowania dalszego prowiantu i.....byłem pewien że wiose pełna puszkę - około 1,5kg carbo - okazało się że jest prawie pusta. Kur..u lecą na lewo i prawo. Błąd który wymaga naprawy. Następnym razem dokładnie sprawdzę wszystko. Mogę to trochę zrzucić na ogrom pracy która miałem w ciągu ostatnich dwóch tygodni. No nic. CH...j trzeba sobie jakoś radzić. Na szczęście miałem w sakwie zapas gainera i wheya. Pomyślałem że na jakiś czas starczy. Pozatym inni jadą tylko z dwoma bidonami, kurtka i dobrym nastrojem 😁 a ja mam troszkę więcej rzeczy więc na pewno jakoś ogarnę.
A, wracając - oczywiście całym planem przed wyścigiem było wgranie gpx-a do licznika - żadnego sprawdzenia gdzie będę jechał i przez jakieś miejscowości - dlatego byłem mocno zdziwiony gdy Kwidzyn był tak daleko od Chełmna 🤪
Konkluzja - whey nie nadaje się jako prowiant. Za słabo się wchłania gdy trzeba ciągłej podaży energii.
Na postoju - szybko właśnie gabinet i whey i kreatyna aby odbudować białko i trochę wzmocnić organizm.
Próba z wheyem.
Na szczęście miałem te kilka miarek carbo to starczyło na jakie kilka godzin jazdy. (2,5h)
W pewnym momencie żarówka - jeśli nie da się za bardzo jechać na wheyu a carbo to cukier to może na cukrze jechać - no ok, ale będzie mega słodko, trzeba go czymś złamać, co jest kwaśne - zaprawa cytrynowa ok, rodzi się plan. A może gdzieś będą przypadkiem mieli maltodekstrune i dekstroze 😁 ok coś się dzieje, dowiaduje się od jednego z uczestników, że na 264km jest Orlen.
Ok jest plan, dojechać na Orlen i kupić 1kg cukru. CH..j nawet niech będzie za 50pln z zaplecza 🤪 a może jak zobaczą człowieka w takim stanie to jako zapomogę dadzą 🙈
Powoli, kilometr za kilometrem po kilku godzinach widzę ten Orlen - ale nie dojechałem....
Bo kilkaset metrów dalej jest Dino. Panie błogosław Żabki, Orlenu, Moye i Dino otwarte w piątek do 22:30 😁
Pytam o maltodekstryne i dekstroze ale nie mają. Cukier jest, biorę, do tego zaprawa cytrynowa i 1,5l wody.
Cukier jedzie ze mną jeszcze kilkadziesiąt km zanim sam rozpakował się w sakwie i teraz mam w nim wszystko ubrania - pomyślałem o tym aby go przesypać do innego pojemnika ale jakoś tak wyszło że tego nie zrobiłem. W międzyczasie jeszcze testowałem jazdę na wheyu. Rozmieszanie cukru na kolejne 4 bidony nastąpiło koło 2 w nocy już nie pamiętam gdzie. I rzeczywiście da się na tym jechać i jest to dużo lepsze rozwiązanie niż jego brak, jednak ma on inną (szybszą) przyswajalność i czułem jak po wypiciu siły wracają ale szybko to uczucie znikało. Jednak było to najlepsze dostępne rozwiązanie.
Przed zmierzchem mijam jeszcze kolegę który prowadzi rower - niestety nic już nie może zrobić - dwie obręcze pęknięte a kilometrów za dużo aby dopchnąć do mety
Noc - to co weryfikuje stan psychofizyczny człowieka. Całkiem fajnie przeszła. Jedna kofeiną wzięta około 16 - mimo że dobrze spałem to poczułem się trochę mniej skoncentrowany. W nocy weszły jeszcze dwie kofeiny w odstępach do 4h i jedna około 10 w sobotę. Ogólnie fajnie się jechało w nocy. Co jakiś czas odgłosy, nie było już pełni, ale kontury przedmiotów nadal było widać i pięknie się rysowały na czarnym tle. Co jakiś czas mikrodrzemki podczas sikania.
W Iławie na Moyey zapiekanka aby czymś nie płynnym wypełnić żołądek. I dalej kręcenie. Obrót za obrotem. Rozmowy z samym sobą, z Kapitanem Ameryka, Natalią Nykiel, Radkiem i jakieś tam jeszcze. Ogólnie taktyka to zostawić sobie słuchawki na noc aby pobudzały mózg :) na założyłem około 21 w piątek i grały do chyba 13 w sobotę.
Trochę śpiewam i (sorry @richo) - głośno w nocy w lesie I tak sobie mija godzina za godziną, obrót za obrotem.
Okazało się że chyba za bardzo się nawodniłem, bo co 25-30min muszę siku. Ale tak mija noc - kręcenie, siku, mikrodrzemki, pogaduchy, odgłosy.....
Powoli noc zmienia się w świt i robi się coraz jaśniej. Dzień dodaje nowej energii. Już wiem że plan z dnia poprzedniego(czyli dokręcenie na innym dystansie tak aby było 600) jest już niemożliwe. Tym bardziej że głos rozsądku mówi, że i tak przegiąłem z tym achillesem. Liczyłem że trasę zrobię w 24h może 26, wyszło lekko ponad 31,5h. Wiedziałem że jeszcze czeka mnie powrót autem do domu bo w niedzielę już plany domowe.
Poza tym że wiatr nie wiał tak jak miał wiać z prognozy z dnia poprzedniego to sobota zajebista. Pełnia słońca, ponad 20 stopni, jazda na krótko - idealnie :)
Można podziwiać to jak piękny jest nasz kraj.
Co około 150km łańcuch zaczyna dzwonić a jak wiadomo - dzwoniący łańcuch to strata kilku watów 😁 więc wchodzi smarowanie
Jeden wkurw - ktoś za szybki na myślenie zostawia śmieci przy drodze. Nie mogę zrozumieć papierków i folii po żelach ale ten był majstrem pierwszej klasy - dętka, narzędzia, blokada klocków w zacisku o kilka innych rzeczy. Zabieram do sakwy o wywalam w najbliższym sklepie gdzie są kosze na śmieci.
Wolno mija kilometr za kilometrem. Każdy kilometr bliżej mety staje się coraz dłuższy.
Ostatnie 40 km trwa wieczność.
Na tym dystansie gdzie na wszystkich imprezach na których byłem organizator przygotował już spokojny dojazd do mety tutaj była pułapka psychiczna na uczestników. Dwa albo trzy; już teraz ciężko mi sobie przypomnieć, zjazdy po idealnym szutrze. No SZTOS!!!!!! Piękne długie z idealnymi zakrętami delikatnymi. Kamień skwierczy pod kołem. Amorek lekko wybiera wszystkie nierówności co jakiś czas sycząc delikatnie. - na harmonię na mapce przewyższeń wydaje mi się że to już koniec i ostatnie zjazdy - patrzę na odległość do mety a to jeszcze 30km. Pierwsza myśl będzie luźno. Druga myśl - tą właściwą - po drodze było kilka niespodzianek po tym jak było fajnie - i ta się potwierdziła.
Moja pierwsza teza - czytaj początek wpisu - albo przypomnę - uczestnicy sprawdzą swoje wszystko - i sprawdzili - to był test ostateczny, wszystko co możliwe abyś sprawdził sobie - piachy z gorki, piachy pod górkę, podjazdy po korzeniach, piachach i duktach, zaklęcia lecą w każdą stronę 😁🤪🙈 lekkie zjazdy ale bardzo krótkie i znowu podjazd, gdy wydaje się że to już koniec podjazdy po cięższym terenie pojawia się podjazd po kostce brukowej z której nie ma jak uciec bo jest skorygowana, później zjazd po tej samej kostce a za nią piach.
Wydostałem się z tego piekiełka myśląc że ostatnie 8 km to już musi być ten luz. Uspokojenie przed metą. Nic bardziej mylnego. Jadę - dwie drogi prowadzące w to samo miejsce. Jedna idzie przez górkę jakieś 20m wzniosu stromego druga obok - trasa idzie przez górkę. Dalej chwilą zjazdu i ostry podjazd na skarpe. Później singielki w lesie i finisz. Zjazd skarpą do mety.
Przez ostatnie 40km nikogo nie mijałem ani nikt mnie. Sądziłem że Ci co są za mną to raczej tylko ludzie którzy brali nocleg a co przede mną dawno skończyłi. Na przykład grupa na MTB z którą kilka razy się mijaliśmy. Pozdrawiam. Dzięki Wam miałem siły do dalszej jazdy :)
Na początku zjazdy widzę przede mną kolegę z którym kilka razy się mijaliśmy. Wstąpiły we mnie nowe siły. Achilles i tak w szczątkach. Zapier...lam. 15m przed metą doganiam. Razem wjeżdżamy.
Mission accomplished 🫡😁
Nie spodziewałem się takiego rajdu. Po tym co jechałem wcześniej to Ułan to co innego inny poziom. To nie jest Ultra gravelowe. To jest po prostu ULTRA. Sprawdza wszystko. Od przygotowania mentalnego przez fizyczne aż do planu jedzeniowego gdyż długie odcinki są bez żadnych miejscowości albo mija się je blisko ale tdzeba odbić aby do nich wjechać a to oznacza dodatkowe kilometry.
Na mecie czekają już Wolontariusze - oprawa jak na TDF. Czuję się, że zrobiłem coś wyjątkowego. Wspólne fotki z organizatorami i chwilę na rozmowę.
Następnie bufet - WYPAS 😁
Wpisowe nie jest wysokie w porównaniu z większością Ultra w Polsce a jest to co powinno być - stoły uginają się od jedzenia i picia. Gwar rozmów unosi się po sali.
Każdy ma jakąś historię. Wszyscy wymieniają się doświadczeniami.
Oglrganizstorzy non stop kogoś witają na mecie bo wjeżdżają zawodnicy z innych dystansów.
Przed Mariną rozłożone leżaki, można odpocząć.
Jest też sauna, jaccuzi, prysznice masaże i stoisko z urządzeniami do przyspieszenia rehabilitacji.
Po pierwszym jedzeniu idę się wykąpać i przebrany. Następnie na masaż i kilka razy korzystam z urządzeń do rehabilitacji. Wszyscy tak jak byśmy się znali od dawna.
Rozmawiam jeszcze z organizatorami. Zapraszają na kolejne imprezy razem z resztą Watahy Mazovia :)
Jeszcze kilka razy korzystam z bufetu i cały czas jestem głodny 😋
Pakuje rower, żegnam się z kilkoma osobami i ruszam do domu. Na szczęście czuje się dobrze. 300km - Muzyka na full, klima 18stopni i droga szybko mija.
W Nadarzynie tankowanie, odbiór paczek i myśl czy nie iść spać w aucie 🙈😁
Rower i rzeczy zostają w bagażniku. W niedzielę to ogarnę 😁
Waypoints
Route Details
Elevation
Highest point (140 m)
Lowest point (20 m)
Sign up to see more specific route details
Sign up for free
Comments
Want to know more?
Sign up for a free komoot account to join the conversation.
Sign up for free