About Mateusz
2,019 km
92:23 h
Recent Activity
Mateusz went cycling.
September 20, 2025
Planowany od dawna wyjazd do Poznania rozpoczął się niewinnie... Od defektu roweru 😁 Szybka wizyta w serwisie (naprawdę polecam serwis Rowery Apanasewicz w Bolesławcu), pompowanie kół i jazda. Pierwsze 100 km szło bardzo dobrze, jednak im dalej jechałem, tym bardziej zacząłem się zastanawiać czy zdążę na ostatni pociąg do domu. Jak widać -udało się. Przede mną długa droga do domu.
07:51
197km
25.0km/h
600m
720m
Mateusz went cycling.
September 7, 2025
Niedzielna setka drogami wojewódzkimi po województwie lubuskim. Szybka kawa i jazda na pociąg.
04:15
106km
24.9km/h
460m
560m
Mateusz went cycling.
August 27, 2025
Spokojne tereny Pogórza Kaczawskiego, trudny podjazd pod zamek Grodziec, a po nim leniwy zjazd do domu. Czuć już w powietrzu koniec lata, ale mogę zdradzić, że dzisiejszy trening był jedynie przygotowaniem do jeszcze dwóch, kilkudniowych wypraw w tym sezonie : )
01:45
43.0km
24.7km/h
380m
390m
Mateusz went cycling.
August 18, 2025
Szybki powrót do domu z pociągu.
00:50
17.6km
21.1km/h
160m
130m
Mateusz went cycling.
August 18, 2025
Drugi dzień mojej wyprawy po pograniczu Polski, Czech i Niemiec. Dzisiaj zdecydowanie mniej podjazdów, za to więcej widoków i malowniczych ścieżek rowerowych. Udało się też zaliczyć trójstyk granic, trasę rowerową wzdłuż Nysy Łużyckiej, teraz przede mną powrót koleją do domu i zimne piwo : )
03:21
66.2km
19.8km/h
350m
520m
Mateusz went cycling.
August 17, 2025
Mam wrażenie, że liczba podjazdów które dobrowolnie pokonuję sprawia, że nie uprawiam już kolarstwa szosowego, tylko kolarstwo masochistyczne 😅 Dziś powolna setka po górach, zakończona noclegiem w Libercu, jutro atakujemy trójstyk granic i wracamy do Polski : )
05:34
107km
19.2km/h
1,370m
1,210m
Mateusz went cycling.
August 7, 2025
Po sześciu tygodniach w gipsie w końcu mogłem poczuć pod sobą rower! Pomimo, że obawiałem się znacznego obniżenia kondycji przez ten czas, postanowiłem od razu rzucić sobie ambitne wyzwanie- podjazd pod Czernicę od strony Nielestna. Ten podjazd okazał się jednak równie piękny, co męczący- widok gór i kombajnów koszących zboże na tle zachodzącego słońca wynagrodził jednak wszelkie zmęczenie. Polecam każdemu, kto akurat jest w okolicach Jeleniej Góry.
03:33
75.8km
21.3km/h
670m
670m
Mateusz went cycling.
June 21, 2025
Chciałbym podzielić się z Wami relacją z mojej wyprawy rowerowej szosą nad morze z Dolnego Śląska. Łącznie ponad 407 km w nieco ponad 18h netto, bez snu. Już kilka tygodni wcześniej na lokalnej grupie rowerowej napisałem wpis, gdzie szukałem kompanów do od dawna planowanej przeze mnie wyprawy nad morze z okolic Bolesławca. Plan był prosty- wyruszyć w nocy by zdążyć na zachód słońca następnego dnia w Pobierowie. W komentarzach zgłosiło się kilka osób (mała miejscowość), jednak ostatecznie tylko jedna była zdecydowana mi towarzyszyć. Dzień wyjazdu nie był przypadkowy- ponieważ był to 22 czerwca, była to najkrótsza noc w roku, a dodatkowo miał nam pomóc południowy wiatr (jak się później okazało, miało to też negatywne skutki, o czym w dalszej części tekstu). Start miał miejsce o północy w mojej wiosce. Mój kompan, którego widziałem pierwszy raz w życiu dotarł do mnie krótko wcześniej, po czym oboje wyruszyliśmy w stronę Bolesławca i dalej, w kierunku Zielonej Góry, do której dotarliśmy około godziny szóstej rano. Tam też zrobiliśmy pierwszy dłuższy postój na posiłek i kawę. Pomimo, że było wcześnie rano, temperatura zaczynała już dawać się nam we znaki, jednak po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej. Kolejny przystanek wynikał raczej z atrakcji turystycznej po drodze, niż potrzeby odpoczynku- szybkie zdjęcie z Rio de Świebodzineiro, telefon do domu i ruszamy dalej. Do następnego etapu naszej trasy- Gorzowa Wielkopolskiego dotarliśmy już około czternastej. Tempo naszej jazdy bardzo osłabło, głównie ze względu na ogromny upał, który wynikał właśnie z południowego napływu powietrza. Termometr w moim Garminie pokazywał wówczas 36°C, a mnie dopadł ogromny kryzys senny, ponieważ poprzedniej nocy w ogóle nie spałem. Byłem już niemalże gotów zrezygnować, ponieważ na blacie miałem dopiero 220 kilometrów, a mój organizm odmawiał posłuszeństwa z powodu niewyspania i temperatury, jednak stwierdziłem że jeżeli nie teraz, to nigdy. Kolejny przystanek na trasie: Stargard. Było mi już bardzo źle. Upał i zmęczenie sprawiały, że nie mogłem już przyjmować jedzenia i płynów, a nie najlepsze drogi województwa lubuskiego w tym nie pomagały. Gdy dotarliśmy wieczorem do McDonalds w Stargardzie, byliśmy już niemal skłonni zrezygnować lub dojechać resztę trasy pociągiem, jednak i teraz nie poddaliśmy się. Szybka kolacja, regeneracja i smutek, że nie uda się nam dotrzeć na zachód słońca. Ruszyliśmy jednak dalej na ostatnie 100 km. Zachodziło już słońce, my po niemal dobie jazdy byliśmy już tak wycieńczeni, że nie mieliśmy nawet ochoty rozmawiać. Mój towarzysz powiedział w pewnym momencie, że odłącza się ode mnie, ponieważ ma zabookowany nocleg w miejscowości oddalonej o około 30 km od Pobierowa. Przyznam, że jazda samemu nocą nie była komfortowa- wyobraźnia robiła swoje, jednak dzielnie jechałem. Nie było już mowy o sile mięśni, jechałem już tak naprawdę siłą woli. Oczy zamykały mi się z przemęczenia, robiłem przystanki co 5-6 km . Taki właśnie przystanek zrobiłem też na ostatnich 5 km trasy. W ostatniej miejscowości przed metą, zjechałem na przystanek autobusowy, chcąc podeprzeć się nogą... Nie wiem już, czy to but zawiódł, czy mój przemęczony mózg nie wysłał sygnału do nogi, że należy się wypiąć z bloków. Upadłem na twardy bruk, odruchowo podpierając się dłonią. Poczułem okropny ból w nadgarstku, aż zrobiło mi się słabo, dosłownie położyłem się na ulicy, chcąc nie zemdleć. Była już godzina pierwsza w nocy, w pobliżu nie było nikogo. Musiałem dotrzeć do mety chcąc nie chcąc. Z trudem podniosłem rower jedną ręką, i trzymając nią kierownicę doczołgałem się ostatnie kilometry do Pobierowa. Szybkie zdjęcie na pamiątkę, a następnie udałem się resztką sił do mojego zabookowanego wcześniej noclegu. Tam dosłownie padłem na łóżko i momentalnie zasnąłem. Mimo tego byłem naprawdę dumny, że udało mi się przejechać 400 km na raz! Rano obudził mnie ból nadgarstka, chyba miałem gorączkę. Z trudem wstałem i zobaczyłem że ręka była opuchnięta. Ponieważ najbliższy szpital znajdował się w Kamieniu Pomorskim, do którego taksówka kosztowałaby mnie ponad 350 złotych, postanowiłem wrócić do domu, i dopiero tam udać się na SOR. Jakież miałem szczęście, kiedy spotkałem na ulicy mojego znajomego z sąsiedniej wioski, który akurat wracał tego dnia do domu! Wolałem zapłacić jemu za paliwo niż taksówkarzowi i jeszcze tego samego dnia byłem w domu. Efekt? Złamanie nadgarstka i sześć tygodni w gipsie. Obawiam się, że w tym sezonie nie uda mi się już wrócić do ultramaratonów, może dopiero późną jesienią uda mi się dojechać do czeskiej Pragi. Była to moja największa kolarska przygoda w moim życiu i mój największy sukces sportowy. Mimo, że przypłaciłem go poważną kontuzją, jestem niesamowicie szczęśliwy i dumny z siebie. Mam nadzieję, że jeszcze w sierpniu uda mi się wrócić do treningów. Następny plan: Praga!
18:14
407km
22.3km/h
1,610m
1,830m
@Mateusz 😨 But the average is decent 😉
Translated by Google •
Sign up or log in to continue
Everything You Need To Get Outside
Ready-Made Inspiration
Browse personalized adventures tailored to your favorite sport
A Better Planning Tool
Build your perfect outdoor experience using the world’s best outdoor tech
More Intuitive Navigation
Turn-by-turn navigation and offline maps keep your adventure on track
A Log of Every Adventure
Save every adventure and share your experiences with your friends
Sign up or log in