About Anton
669 km
46:08 h
Recent Activity
Anton went mountaineering.
August 20, 2025
Na Jaworzynę nie szłam jeszcze zielonym z Muszyny. Całkiem fajny to szlak. Trochę widoków, dużo pięknego lasu. Zaraz po odbiciu za cerkwią w Złockich zaczyna się dość konkretne podejscie i trwa w sumie nieprzerwanie do samego szczytu, czyli przeszło 5 klocków. Mocno kondycyjnie, ale jakoś tej wysokości trzeba nabrać przecież. Większość szlaku szłam zupełnie sama. Na niebie zmiana warty. Jastrzębie ustąpiły pustułkom i krukom. Ludzi spotkałam dopiero tuż pod szczytem. Na Jaworzynie chałos total! 🙆 Masa ludzi, kuracjuszy z wszystkich pobliskich Zdrojów i małych osiemsetplusów, bo kolej linowa wwozi. No i super, że korzystają z cudów natury, tylko wszyscy stłoczeni na niewielkiej powierzchni, bo reszta szczytu to prawdziwy plac budowy! 😫 Pogrodzone, ciężki sprzęt, kurz i hałas. Co oni tam jeszcze stawiają, oprócz budynków dolnej, górnej, średniej, bocznej i pobocznej stacji kolejki oraz trzech knajp? I jak znaleźli na to miejsce?! 🤷 Już niedługo naprawdę nie da się na tej Jaworzynie nic! Taki kocioł, że nawet zdjęcia mi się nie chciało robić, uciekałam stamtąd, jakby mnie kto gonił. Tym bardziej, że dalej czekał Runek czerwonym szlakiem, a potem niebieskim zejście do Bacówki nad Wierchomlą z widokiem za milion dolarsów 😍 Ile razy tam jestem, mam wrażenie, że to fototapeta. Dziś pozwoliłam sobie na godzinny chill na leżaku z Tatrami na nosie. Zjadłam pierogi z bryndzą (dobre, ale czuć je było malizną 😉), wypiłam piwko (j.w.) i się gapilam i gapiłam i gapiłam. Żeby porządne powidoki zrobić, bo nie wiem, kiedy się teraz urwę. Z bacówki do Muszyny zeszłam przez Wyżnie Młaki, dalej niebieskim szlakiem, a potem żółtym. Piękna trasa, puste hale, widoki przez 3/4 drogi. No, a potem, od cmentarza w Szczawniku, trzeba było za tą bacówkę i za te widoki zapłacić i dmuchnąć do Muszyny chodnikiem, wzdłuż szosy ponad 4 km. 🥴 To najgorszy odcinek całej pętli. Na koniec podskoczyłam jeszcze na Zamek Muszyński. Nie zwiedzałam (a można w wysokim sezonie do 18.00, bilet dychacza), tak tylko zajrzałam z wierchu, rzuciłam okiem i pokopytkowałam dalej.
05:35
30.3km
5.4km/h
1,010m
1,000m
Anton went mountaineering.
August 19, 2025
Ostatni krzyk łabędzia w tym sezonie 😉 Wyrwałam jeszcze 4 dni urlopu, bo wyszło jakoś tak "besensu" i zabrakło mi 5 GOTów (!), żeby zweryfikować małą złotą za ten rok. Poza tym Kraczonik mi potrzebny do Diademu, więc padło na Muszynę. Pierwsze kroki rano skierowałam na Rynek, żeby uzupelnić poziom kofeiny w krwiobiegu i jakoś tak przypadkowo i zupełnie niechcący trafiłam wprost do kultowej kawiarni Szarotka. Jak się okazało - mekki pisarzy i poetów, w której sam Stachura przesiadywał i swym rzewnym piórem listy pisał. Jeden z fragmentów takiego listu zresztą wisi na ścianie. Przeczytałam i już wiedziałam, że dzień będzie gicior 😊 Toż to wszystko, jak w mordę strzelił, mogłabym napisać ja! 🤭 Nie zgadzały się, co prawda 3 rzeczy - pączki, Stefan i totalny brak talentu u mnie, ale reszta - wypisz, wymaluj! Znak, jak nic! 😁 Sam Kraczonik, cóż... taki Krzaczornik chyba bardziej. To jeden z "tych" szczytów. Jest ich cała masa we wszelkiej maści Koronach, Diademach i innych. Bo są akurat najwyższe. Niekoniecznie natomiast grzeszą widokami. Po prostu idziesz po lesie, a tam tabliczka 🤷 Takie szczyty zdobywa się nie dla widoków, a własnej satysfakcji (tak sobie przynajmniej powtarzam 😅). Szlak z Muszyny, najpierw żółty, potem jebieski, całkiem spoks. Myślałam, że będzie maczeta potrzebna, a tu miłe zaskoczenie. Żółty i początek jebieskiego, to właściwie szeroka, leśna droga. Idzie się wygodnie. "Zatrawia" się dopiero pod koniec, ale i to jest zupełnie do strawienia 😁 Widoki na szlaku uratowała wieża na Malniku. To jest prawdziwe bydlę, nie wieża! 🙆 Wysoka na 42 metry, jak 10 pięter wieżowca. Przeogromna! Weszłam na nią za drugim podejściem. Najpierw próbowałam, idąc na Kraczonik, ale wymiękłam na szóstej platformie. Nogi mi się rozjechali, paraliż kinetyczny pukał w płaty czołowe... Odpuściłam. Ale jak wracałam, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Udało się i mogę powiedzieć, że naprawdę warto było trochę powalczyć z własnym mózgiem. Widok - czysty obłęd! Góry 360 stopni dookoła, kraina cudów i błogości 🥰 Widać całe pasmo Tatr Wysokich, część Tatr Zachodnich, ech... To są właśnie te momenty! Na trasie towarzyszyły mi dziś z dobre pół godziny jastrzębie. Kołowały nade mną i nawoływały się tym swoim charakterystycznym krzykiem, niesionym w przestworza. Czad! Znaczy, po odgłosie ich nie poznałam. Aż tak dobra w te klocki nie jestem, niestety. Wiedzialam, że jakieś drapole, bo to jednak nie do pomylenia, ale jakie konkretnie, podpowiedziała mi dopiero ulubiona apka. No i odezwał się mój stary kumpel - nerwiak Mortona 😔 Większość szlaku dawał o sobie znać. Musialam się zatrzymywać co chwilę i wyciągać stopę z buta, robić masaż, smarować przeciwzapalną maścią. No upierdliwe to jest i bolesne. Chyba ostatnio na rowerze przeciążyłam trochę to przodostopie, bo sobie kadencję zmniejszałam, durna ja! I mam! Chciałam dojść do Leluchowa, na granicę, ale z Krzaczornika zawróciłam. Nerwus Mordoru to nie przelewki. Jak złapie, to se można w Muszynie nie polatać... 🤷
03:29
18.4km
5.3km/h
750m
750m
Cała trasa wyniosła ok. 88 km, dodając dojazd do pociągu i z pociągu, którego nie rejestrowaliśmy na Komoocie. Z Żyrardowa zdarzało mi się jeździć parę razy. Zawsze to jednak były cele flagowe, typu Radziejowice i inne dworki. A dziś traska, którą zaprojektowaliśmy była idealna 😍 Nie dość, że te dworki i pałace, to jeszcze masa wody przez większość drogi. "Pachło" rejsem i żaglami 🥰, aż się serce wyrywało. Stawy, rzeki, stawiki, rzeczki... Wiele możliwości po drodze, żeby wskoczyć do wody na chwilę. Ideolo na taki dzień, jak dziś i 32 st. C. Trzeba było tylko zabrać ze sobą strój kąpielowy 🙈 Fajne, dzikie kąpielisko "na tyłach" Suntago, nad zalewem. Piaszczyste dno, czysta woda, łagodne zejście, kawałek "plaży" i mało ludzi. Bo reszta stała w ogromnym korku do przybytku uciechy 😅 Potem, po drodze też wiele okazji do kąpieli. Co chwilę jakiś zbiornik wodny, z fajnymi bindugami. Po prostu czad! Dla lubiących wędkować też mega miejscówy. Najbardziej zorganizowana, to nad Stawami Św.Anny. Wiata, tojka, śmietniki. W górnym stawie obowiązuje zasada "no kill", co mnie jakoś mocno chłyciło za serce 😁 Sporo było szutrów, przelotów terenowych, ale takich przyzwoitych. Żadnej ujebki. No, może poza odcinkiem za stawem w Grzegorzewicach. Trzeba było się przebić na Słubicę Wieś drogą pożarową. A tam: po 1) Kleszczewo, czyli trawy po pachi, po 2) szlak konny, czyli mózg obity o czaszkę i konieczność dobrej pionizacji języka, coby sobie nie przygryźć. I tyle. Reszta spoksik. To znaczy, ja bym wolała, żeby wiało w drugą stronę. Ale dobra tam... Bez czepianek. No pain - no gain. Trasa mega! 😍 Zapisuję sobie i polubiam na wieki.
03:57
72.9km
18.5km/h
440m
460m
Anton went for a bike ride.
August 12, 2025
Podarowano mi dziś trochę luzu od trudu i znoju codzienności, więc czem prędzej czmychnęłam z chaty, zanim towarzystwo się rozmyśliło. Wybrałam Zalesie, bo dawno tam nie byłam. No i zawsze to namiastka zamiejskiego resetu, a przecież sobie uroczyście ślubowałam, że jak nie będę musiała, to po Warszawce jeździć nie będę i już! 😉 I wyszła z tego naprawdę miła trasa. Najpierw krótki i przyjemny przelot przez Las Kabacki. Na wjeździe sfociłam sobie ściągę o czasie degradacji śmieci. Jakiś czas temu odbyłam minidialog z napotkanym rowerzystą w Beskidzie Żywieckim, który pizgnął skórką od banana z radosnym wisi-mi-to. Ściągnęłam usta w dzióbek, żeby wyglądać poważniej i go pytam: " To cały banan był lżejszy niż skórka po nim?". On mi na to, że przecież to organiczne. No to pytam nauczycielskim tonem, myśląc że retorycznie: "A pan wie, ile taka skórka po bananie się rozkłada?". A ta cholera jedna, przebiegła mówi mi, że nie i z chęcią się dowie. Tak się składało, że ja też nie wiedziałam 😅. Dzióbek mi zbladł i zmarniał i bąknęłam tylko, jak niepyszna, żeby sobie w neciku sprawdził 🙈 No, to teraz mam fotkę i już mnie żaden wredny interlokutor nie zaora w słownym boju w obronie przyrody 😝 A wracając do trasy, na wlocie do Piaseczna trochę pobłądziłam, ale niedużo. Marne te ddry tam. Zaczynają się i kończą bardzo nagle, jakby z użyciem prestidigitatorskich mocy. Człowiek nie ma pojęcia, czy jest na ddrze, czy może już na chodniku i można na ulicę zjechać. Słabe oznakowanie, auta poparkowane regularnie, kupa wjazdów, wyjazdów... O Hesus! Męczliwie. Dopiero od rynku jakoś się lepiej zrobiło. Nad stawami w Zalesiu Dolnym błogo. Cisza, spokój, mało ludzi. Kawałek dalej nagrałam dzięcioła czarnego, choć w tym roku wcale o to nietrudno. Ciekawe, czy ich populacja się zwiększa u nas, tak jak wilg i żołn, czy tak mi się trafia po prostu? Bardzo chciałam na wieżę widokową na Zimnych Dołach, ale zajechałam prawie pod, a tam taśmy, Policja, Pogotowie... Chyba jakaś awantura na zabawie. Odpuściłam, co ja tam za gapia będę robić. Nie będę. Dalej miało być Zalesie Górne. Na grobli, z daleka dobiegło mnie cymbergajowe brdą-brdą-brdą! 🤦I jakiś summer hit, tylko nie wiem, czy z tego summer, czy z poprzednich, bo ja tego nie identyfikuję za dobrze. O nie, nie, nie, nie! Nie po to ja za miasto jadę, żeby mi cymbergaj i jakieś "Babe, babe" sieczkę na zwojach robiły. Załączył mi się program "spierniczam" i zrobiłam po prostu pętlę po Chojnowskich szutrach (fajne!) i odwrót przez Żabieniec i Konstancin. O matuchno, ale się rozpisałam! A też sobie ślubowałam, że grafomaństwa tu uprawiać nie będę. No to ślubowanie nie wyjszło 🤷 Szybko kończę.
03:30
70.2km
20.0km/h
370m
370m
Łooo, co to był za odcinek! 🥵 Większość w lesie, po korzeniach, trawach i piachu takim, że z pustym rowerem miałabym dobrą ujebkę, a z sakwami i namiotem, to ja już nie wiem, jak to nazwać nawet (o ja ********! albo ***** mać! - jakoś tak 😁). Nie mam pojęcia, czym odżywiały się dziś moje mięśnie, co ja spalałam właściwie? 🤷 Glukoza skończyła się na samym początku 😅, tłuszczy deficyt permanentny, białka, co kot napłakał... Do śniadania wypiłam blekusia o fikuśnym podtytule "sex dragon", może to to? 😆 No naprawdę, trudny odcinek na rower z kilkunastokilogramowym bagażem. Ale piękny! Super widoczki na wylocie z Puław, w okolicy Azotów i kopalni piasku. Potem piękny, dziki las z masą tropów zwierząt i rezerwatem Piskory. Cisza, spokój, łono przyrody, reset na bańce. Na wjeździe do Dęblina zmienił nam się wicher, dość silny dziś, i wiał prosto w oblicze. Kolejna ujebka. Upatrzony pociąg odjeżdżał w tym samym momencie, w którym nasze koła wczołgiwały się na peron. Musiałyśmy czekać godzinę na następny 🤦 Ha! A piąty, ostatni, dzień miał być na lajciku - krótko, pyk-pyk-pyk, do pociągu i do domu robić się na bóstwo 😅 Przyjechałam zniszczona. Potrzebuję kroplówki z czystego magnezu, nał!
02:27
33.0km
13.5km/h
210m
210m
Druga część dzisiejszego dnia. Z Celejowa do Puław. Nooo, parę podjazdów było takich fest 💪 Jęzor w szprychach. Ale za to jaka nagroda! 😍 Zjazd do Parchatki szosą przez wąwóz, do wojewódzkiej, prawdziwy sztos! Coś wspaniałego! Nie mogłam zrobić zdjęć, bo wąsko, kręto, a za nami auta, ale to jest odcinek warty wszystkich grzechów, naprawdę! Z Parchatki do Puław poprowadził nas milutki DDR wzdłuż wałów Wiślanych. A w Puławach rozbiłyśmy się na kempingu w marinie. Brdzo fajne miejsce, do polecenia na nocleg. Zadbany, ogrodzony teren, miejsca pod namiot wyznaczone, czyste. Sanitariaty lux. Dzień zakończyłyśmy na kolacji w pobliskiej, mega klimatycznej knajpce Grota Parkowa. Wciągnęłyśmy najlepszego na świecie hambugsa 😍 Pan robi wszystko sam od sosów po pikle. Gość! A teraz spanko, choć na czujce, bo w nocy ma przyjść front i jest opcja, że chata nam może odpłynąć, bo śledzie kiepsko trzymają 🤭
01:10
17.7km
15.2km/h
120m
170m
No i pokminiłam w Komoocie. Przytuliłam telechon do piersi swej i zamiast zatrzymać, to zakończyłam wycieczkę w Celejowie na postoju 🤦 O, losie! A dalej było tak ciekawie... 😁
02:03
33.4km
16.3km/h
330m
290m
03:30
53.5km
15.3km/h
270m
260m
Anton went for a bike ride.
August 3, 2025
Drugi dzień włóczęgi z moją kochaną Siorką po mazowieckim "dookołakominie". Ależ ja kocham to życie sakwiary! 🤭 Traska przyjemna w zdecydowanej większości - podrzędne asfalty przeplatane gdzieniegdzie terenowymi, krótkimi przelotami. Najgorszy moment to wojewódzka przed Kozienicami. O żesz Ty! Co ci "Królowie Szos" tam wyrabiali! 🙆 Wyprzedzanie na włos z dobrą stówką na liczniku i autem na przeciwległym pasie, to standard. Zdecydowanie najgorsza wojewódzka ever i trauma mojego życia 🙈 Po kilku km (!) adrenalina i kortyzol zmusiły do rzucenia się w las 😅 Na szybko opracowany wariant objazdu, z piachem po piasty i trawą po kolana, ale co tam! Wszysto lepsze niż game over na wojewódzkiej 😝 W Puszczy Kozienickiej masa szlaków rowerowych, aż się chciało hulnąć w bok! Trzeba tu jeszcze przyjechać 🥰 A jutro... Panie Kazimierzuuu, ma pan klucz od kabiny?
04:04
65.9km
16.2km/h
370m
360m
04:17
67.2km
15.7km/h
300m
290m
😃 You did a wonderful job of describing the joys of driving DDRs in Julianów and eastern Piaseczno. I drove that section the day before. Cheers!
Translated by Google •
Sign up or log in to continue
Everything You Need To Get Outside
Ready-Made Inspiration
Browse personalized adventures tailored to your favorite sport
A Better Planning Tool
Build your perfect outdoor experience using the world’s best outdoor tech
More Intuitive Navigation
Turn-by-turn navigation and offline maps keep your adventure on track
A Log of Every Adventure
Save every adventure and share your experiences with your friends
Sign up or log in
Like